Moja przygoda z żużlem rozpoczęła się już na początku mojego życia, kiedy mój tata był jeszcze zawodnikiem. Później, kiedy z Grudziądza, miejsca w którym się urodziłem, przenieśliśmy się do Torunia, mój kontakt ze sportem się urwał. Dopiero gdy byłem czternastolatkiem ponownie zainteresowałem się żużlem, ale jako kibic, a rok później zapisałem się do szkółki żużlowej w Toruniu. Ten okres wspominam bardzo ciężko. Nie miałem od razu kontaktu z motocyklem, moje zadania ograniczały się do sprzątania, zamiatania i pomagania starszym kolegom. Moim podstawowym przyrządem była miotła, normalna rzecz, ale na pewno mnie to wiele nauczyło.



W pierwszym roku moich startów za dużo nie pojeździłem, ponieważ na torze zabił się Grzegorz Kowszewicz i zabronili nam jeździć. Pod koniec maja dano nam nowego trenera do szkółki, Bogdana Kowalskiego, z którym odbywaliśmy przez trzy miesiące tak zwane treningi wakacyjne. Jeździliśmy dwa razy w tygodniu, było troszkę tej jazdy, lecz mimo wszystko za mało. Następnie na jesień przejął nas Wojciech Żabiałowicz, który wziął nas do zespołu. Zaczęliśmy pierwsze treningi na wiosnę.
W maju przystąpiłem po raz pierwszy do licencji w Toruniu, której nie zdałem. Najpierw zamiast skręcić pojechałem w siatkę i złamałem sobie palec. Następnie, w kolejnych biegach, to się wywróciłem gdy startowy pokazał mi szachownice, to za szybko przymknąłem gaz i nie zmieściłem się w czasie.

W drugim podejściu pojechaliśmy do Częstochowy, gdzie po raz kolejny nie zdałem licencji. Po startach na przyczepnym torze pierwszy raz startowałem na torze bardzo twardym.

W tym okresie moja kariera szła ku końcowi, chciałem zakończyć przygodę z żużlem. Miałem już tego dosyć, nic mi nie wychodziło, do tego wsparcie klubu dla młodych zawodników było zbyt małe. Gdyby nie mój tata, który mi bardzo pomagał i mną kierował oraz zainwestował troszkę w moją karierę, to nie jeździłbym teraz na żużlu. Później wziąłem się w garść, dobrze przepracowałem zimę i zdałem licencje w maju 1995 w Ostrowie. Postanowiłem sobie, że jeśli nie uda mi się zdać tym razem to kończę z tym sportem, ale wszystko się dobrze ułożyło i od tamtego momentu zacząłem jeździć.

Początek sezonu 1996 był dla mnie ciężki. Trudno było dostać się do składu, gdyż podstawowymi juniorami byli Bajerski i Jaguś. Pod koniec roku zacząłem "łapać się" na skład. Pojechałem w trzech meczach ligowych. Pierwszy punkt zdobyłem w Rzeszowie w drugim biegu. Drugi mecz pojechałem w Tarnowie, a trzeci u siebie z Piłą. W czterech startach zdobyłem 7 punktów. Odnieśliśmy sukces zdobywając srebrny medal Drużynowych Mistrzostw Polski.

Kolejny sezon okazał się również ciężki - miałem dwie kontuzje obojczyka. Nabawiłem się ich, gdyż wrócił wtedy z Australii Bajerski i na treningu bardzo szybko jeździł, a ja, młody, podniecający się chłopak trzymałem na maksa manetkę i przewróciłem się. Przez sześć tygodni chodziłem w gipsie. Potem wróciłem na tor i w sierpniu ponownie nabawiłem się kontuzji. W ten oto sposób zakończyłem sezon 1996.

W 1997 roku byłem już podstawowym juniorem w składzie. To był bardzo nieciekawy rok. Dysponowałem jednym motocyklem i dwoma silnikami. Tak wyglądało moje zaplecze sprzętowe jako podstawowego juniora.

W 1998 jeździłem w miarę dobrze, zdobywałem punkty, średnio 7 na mecz. Działacze byli zadowoleni. W ostatnim roku juniora, byłem w miarę liczącym się zawodnikiem w Polsce. Bałem się tego przejścia do seniora, ale po pierwszych pięciu kolejkach moja średnia biegowa wynosiła 2,00, czyli była bardzo wysoka.

W meczu z Gdańskiem zaliczyłem felerny upadek. W pierwszym łuku przewróciłem się, troszeczkę z mojej winy, i złamałem kręgi. Chodziłem prze 8 tygodni w gipsie i przez to miałem sezon stracony. Jednak, dzięki namowom działaczy, bardzo szybko po kontuzji wróciłem na tor - byłem potrzebny w barażach z Zieloną Górą. Udało się nam utrzymać w ekstralidze.

Po tym ciężkim roku, kolejny sezon był dla mnie bardzo poważny - bo przeszedłem na zawodowy kontrakt. Podpisałem też pierwszy raz kontrakt w Szwecji, która bardzo pomagała mi się rozjeździć, chodź rewelacji nie było.

W 2001 roku, gdy do Torunia zawitał Andreas Jonsson i Tomasz Bajerski, zaczęły się przepychanki w sprawie składu. Trudno było mi się do niego dostać. Pod koniec roku zdobyliśmy Drużynowego Mistrza Polski, jednak moja średnia biegowa w tym okresie nie była najlepsza. Mój kontrakt z Toruniem skończył się i, co było dla mnie potężnym ciosem, nie przedłużono go ze mną. Razem z menadżerem szukaliśmy klubu w Polsce, udało się podpisać kontrakt tylko z nieszczęsną Piłą.

Przygotowałem się w miarę dobrze do sezonu, lecz na początku roku miałem kontuzję barku i operację. Powróciłem na tor po 8 tygodniach. Zacząłem jeździć w kratkę, było to spowodowane również nie sportowym trybem życia. Dziś już wiem że było to bardzo złe i nigdy w życiu już tego nie powtórzę.

Piła bardzo dużo mnie nauczyła, ale również mnie oszukała. Nie wypłacili mi pieniędzy i już nigdy tego nie zrobią. To był bardzo słaby sezon. Moje problemy wynikały z tego, że nie wyobrażałem sobie, że Toruń mnie odrzucił.

Następnie Toruń wypożyczył mnie do Gdańska, gdzie pod koniec stycznia podpisałem kontrakt. Zastanawiałem się jeszcze nad Warszawą, całe szczęście jednak, że tam nie przeszedłem, bo na pewno bym teraz już nie jeździł na żużlu.

Na początku w Gdańsku było bardzo dziwnie, nie mogłem znaleźć sobie swojego miejsca. Mimo że w ekstralidze zacząłem zdobywać punkty, nie było to jeszcze to, czego chciałem. Skończyliśmy sezon spadając z ekstraligii. Muszę przyznać, że pierwsza liga bardzo dużo mi pomogła. Czasami trzeba się o krok cofnąć by zrobić dwa kroki do przodu. Usiedliśmy z Bogusławem Dobrosielskim i Maćkiem Jóźwickim i postanowiliśmy spróbować innego przygotowania kondycyjnego do sezonu 2004. Na początku nie chciałem w to wierzyć, stwierdzałem, że jest to nie potrzebne. Po tygodniu namawiania mnie przez Maćka i Bogusława, w końcu się zgodziłem i rozpoczęliśmy: treningi i dieta. Wszystko poszło tak, jak zaplanowaliśmy - dobra forma, spadły mi kilogramy, motocykle chodziły tak jak chciałem.

Rok 2005 to był najlepszy sezon w mojej całej karierze, pokazałem na co mnie stać. Stałem się trzecim zawodnikiem w Polsce wśród Polaków. To był dla mnie szczęśliwy i udany rok. Po tym sezonie działacze z Torunia chcieli ściągnąć mnie znów do siebie. Zobaczyli, że jednak Kościecha to jest zawodnik. W negocjacjach kontraktowych stałem się zawodnikiem bezpłatnym.

Lata w Gdańsku wspominam bardzo dobrze. Wiele mnie nauczyła pierwsza liga. Każdy wie, że przepaść między pierwszą a ekstraligą jest duża. Mi to wyszło na dobre. Do tego gdy w 2004 roku podpisałem kontrakt w Szwecji dużo mi pomogli Andreas Jonsson i Greg Hancock. Cały czas mam z nimi świetny kontakt.

Po sezonie 2005 chciałem zostać w Gdańsku, dobrze się tam czułem, miałem swoich kibiców. Jednak sponsorzy sugerowali, abym poszukał klubu bliżej Torunia. Pewnego dnia spotkałem się Bogusławem i Maćkiem, i na tym spotkaniu zjawił się również Pan Bogdan Sawarski. Zaczęliśmy dużo rozmawiać. Bałem się przejść do Bydgoszczy, byłem już mocno związany z Gdańskiem. Jednak od spotkania do spotkania byłem coraz bliżej bydgoskiej Polonii. Podejście działaczy do mojej osoby było bardzo dobre i to mi się podobało. W końcu doszliśmy do porozumienia i 06 grudnia 2005 roku podpisałem kontrakt z Bydgoskim Towarzystwem Żużlowym.

Sezon 2006 rozpoczął się dla mnie dobrze. Na pewno animozje toruńsko-bygoskie poszły w niepamięć. Gdyby sześć lat temu ktoś powiedziałby mi, że będę jeździł w Bydgoszczy to bym nie uwierzył. Jako młody zawodnik nie wyobrażałem sobie żużla poza Toruniem. Z perspektywy czasu patrzę na to inaczej. Bardzo się cieszę, że jestem tutaj, bardzo mi się podoba w Bydgoszczy. Mamy wszyscy świetny kontakt, z Andreasem mam rewelacyjny. Klub ma bardzo dobre podejście do mnie, do zawodników. Na razie wszystko się układa. Myślę, że już znalazłem swoje miejsce. Chcę zdobywać dużo punktów dla tej drużyny. Jak będę stawał pod taśmą, to będę robił tyle na ile będzie mnie stać, by przywozić punkty dla mojego zespołu. Pierwszy mecz nam nie wyszedł, nie udało się, szkoda. Myślę, że kolejne spotkania będą się już układać po naszej myśli. Ja ze swojej strony zrobię wszystko by nie zawieść kibiców, działaczy i sponsorów.

Jak to w życiu sportowca bywa, nawet mimo chęci czasami trzeba się rozstać. Dziękuję Polonii za sezon spędzony w barwach tego klubu. W marcu 2007 roku podpisałem kontrakt z Unibaksem Toruń. Jestem szczęśliwy, że mogłem wrócić do klubu, w którym się wychowałem i poznawałem całe żużlowe abecadło.
W tym roku spotkało mnie jeszcze jedno szczęście, 12 lutego urodziła mi się córeczka - Julia, z której jestem bardzo dumny.

Minął kolejny sezon, niestety najbardziej pechowy w mojej karierze. Trzy kontuzje w ciągu jednego roku to już przesada, ale co zrobić. Nie chcę o tym już wspominać. Zostawmy to. Jestem bardzo zadowolony, że działacze z Torunia zaufali mi kolejny raz, to właśnie dzięki nim i moim sponsorom podpisałem kontrakt z Unibaksem na kolejne dwa lata startów.


Polonia Bydgoszcz Piraterna Motala Autoklub Slany Speedway